Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aliens: Colonial Marines. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aliens: Colonial Marines. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 października 2016

Alien: Isolation – w kosmosie nikt nie usłyszy jak robisz w gacie.



Zdarza się, że czasami dostajemy coś wspaniałego i niezwykłego, ale tracimy to w głupi sposób. „Alien: Isolation” jest być może taką obrączką, która wpadła do muszli i niczego już z tym nie zrobimy.


Zdaję sobie sprawę, że na taki tekst jest już być może za późno, ale postanowiłem podzielić się z Wami pewnymi przemyśleniami. W ubiegłym roku, w listopadzie, udało mi się nareszcie ukończyć "Alien: Isolation" (podczas intensywnych dwóch tygodni grania). O tym jak wspaniała jest to gra będę pisał jeszcze wielokrotnie, zarówno na łamach Wieczorów z Obcym, jak i Alien Hive. Pamiętam jak bardzo wyczerpany się czułem kiedy kończyłem przygodę z Amandą Ripley (jakkolwiek to nie brzmi). Nie tylko psychicznie, ale niemal fizycznie. Gra zmaltretowała mnie do tego stopnia, że wróciłem do niej dopiero teraz (w celu ukończenia dodatków DLC). Pamiętam jak wielokrotnie musiałem robić sobie wymuszone przerwy, bo byłem już zbyt spięty (gdybym palił, to zapewne wykorzystywałbym te przerwy na papierosa). Często miałem wrażenie, że zaraz dostanę zawału jeżeli Obcy wyskoczy z szybu wentylacyjnego raz jeszcze. Potrafiłem ukrywać się w szafkach przez kilkanaście minut, bo byłem przekonany, że potwór jest obok i chwyci mnie jak tylko wypełznę z kryjówki. A androidy? Nawet nie będę o nich wspominał, bo na samą myśl jeży mi się włos na głowie. Przez ten niecały rok emocje trochę opadły, ale kiedy ponownie włączyłem "Alien: Isolation", by tym razem wysiedzieć swoje w szafkach znajdujących się na pokładzie Nostromo, to przypomniałem sobie dlaczego w swoim czasie gra była dla mnie tak intensywnym przeżyciem.

 

Nie wydaje mi się żebym kiedykolwiek tak się bał podczas grania w grę komputerową/konsolową. I to nie jest typ strachu, do którego przywykłem przy takich produkcjach jak "Resident Evil" 1-3, "Silent Hill", itd. W tamtych grach przerażały same potwory. Specyficzny suspens tych tytułów również odgrywał olbrzymią rolę i kiedy zombie wyskakiwał z szafy, serce mi stawało. Nie było jednak większego problemu żeby go ustrzelić. Zlikwidowanego zombie miało się z głowy na amen. Obcy w "Alien: Isolation" działa raczej na zasadzie Nemesisa z "Resident Evil 3", który pojawiał się nagle i nie dało się go pokonać, trzeba było ratować się ucieczką. Twórcy "A:I" dopieścili tego typu aspekty do perfekcji. Czy sam Obcy jest straszny? Jest, chociaż dla wieloletnich fanów widok Obcego to radosna chwila. Ksenomorf to nośnik pięknych wspomnień. Myślę, że przez gry takie jak "Aliens vs Predator", czy też "Colonial Marines", przywykliśmy trochę do tego, że takiego Obcego likwiduje się jedną serią z karabinu.

 

Pamiętam nieprzespane noce, które spędziłem w 2000 roku grając w "Aliens vs Predator". Myślę, że wielu z Was ma jeszcze w pamięci terror związany z przemieszczaniem się członkiem marines w ciemnym korytarzu i moment, w którym słyszeliśmy z oddali przeraźliwy pisk, bądź złowieszczy syk, który sygnalizował, że gdzieś tam czai się Obcy. Lub dziesięciu Obcych poruszających się z prędkością światła. Potem było strzelanie na oślep, bieganie w popłochu i podskakiwanie na krześle. Wspomnienia to piękne, ale "Alien: Isolation" na nowo zdefiniowało czym jest walka z Obcym w grze komputerowej.
Idealnie balansuje między ekscytacją i przyjemnością płynącą z gry, a psychicznym zmęczeniem i zniechęceniem. Wielokrotnie zresztą te emocje będą się ze sobą mieszały i będziemy czerpać czystą przyjemność z tego, że Isolation tak nami szarpie. Masochizm, czy dobra zabawa? Czy może jedno i drugie?

 

Ogrywane przeze mnie teraz DLC ("Crew Expandable" i "The Last Survivor"), są krótkie (po 20 minut na przejście każdej z nich), ale nie mniej emocjonujące. Nie możemy tu nawet zapisać stanu gry, obecne są tylko checkpointy, które działają jednak tylko wewnątrz pojedynczej rozgrywki (jeśli wyjdziemy z gry, to zaczynamy od nowa). Zwiedzanie Nostromo i spotkanie jego załogi, to coś czego do tej pory nie mogliśmy doświadczyć w takiej skali. Wszystkie elementy, które składają się na "Alien: Isolation" (wspaniała grafika, muzyka inspirowana dziełem Goldsmitha, specyficzna atmosfera wizji przyszłości z lat 70-tych) sprawiają, że ziścił mokry sen każdego fana filmu „Alien” (i nie tylko). Czegoś takiego jeszcze wcześniej nie było. Do czego zmierzam pisząc tę laurkę? Przecież wszyscy wiedzą, że to świetna gra? No, niestety nie wszyscy.

Recenzje "Alien:Isolation" były generalnie bardzo pozytywne (często bardziej niż bardzo), ale nie wszyscy chwalili tę grę, mimo że została obsypana branżowymi nagrodami i reprezentowała wszystko to czego zabrakło w kompletnie zniszczonym przez krytyków „Colonial Marines”.
Rzadko, ale zdarza się, że miewam ból dupy, o ból dupy recenzentów. Co sprawia, że takie IGN wlepia tej grze 5.9/10, a Gamespot marudzi, że jest zbyt wymagająca? Czego się tak naprawdę po niej oczekuje?

Jeden z pierwszych przytyków z brzegu - rzadkość występowania terminali do zapisu gry. Osobiście uważam to za coś pozytywnie frustrującego. Jeżeli rzeczywiście mamy poczuć jakąś immersję w tej grze, to tak to powinno wyglądać. Wiadomo, że to nie jest film i nie da się (przynajmniej za pierwszym razem, o ile w ogóle) przejść "Alien: Isolation" bez żadnej wpadki, ale jeśli już mamy mieć ten luksus, który umożliwia zachowanie stanu gry, to możliwość ta nie powinna być nadużywana. Czy rozgrywka byłaby równie emocjonująca gdyby terminale wisiały na ścianach za każdym zakrętem? Oczywiście, że nie. Ograniczone możliwości zachowania stanu gry powodują, że w strachu przed utratą kilkunastu (bądź kilkudziesięciu) minut stresującej tułaczki, dwa (lub dwadzieścia) razy zastanowimy się zanim wyleziemy z szafki, lub wparujemy wesoło do kolejnego pomieszczenia. Albo mamy się bać, albo równie dobrze możemy sobie włączyć "Symulator Ciągnika 2016".
Wiele razy rzucałem w koło przekleństwami, kiedy Obcy nadziewał mnie na ogon chwilę przed dotarciem do terminala, ale czy wspominam to teraz źle? Wręcz przeciwnie. Gracze (i jak widać branżowa prasa) rozleniwieni są powszechną modą na autosave, który uruchamia się po zrobieniu dwóch kroków, ale "A:I" to nie jest gra dla leniwych.
Sporo osób narzekało, że co chwilę trzeba zerkać na czujnik ruchu, a np. w takim "Aliens vs. Predator" ekranik czujnika był cały czas widoczny u dołu ekranu. Powtarzam, chcemy się bać, czy nie? Chcemy poczuć się jakbyśmy tam byli, czy nie? Jeżeli potrafimy chodzić po ulicy z nosami w smartfonach, to przemierzanie Sevastopola z czujnikiem też nie powinno być aż takim problemem.


 

Kolejnym skrytykowanym aspektem "Alien: Isolation" okazał się skromny wachlarz możliwości radzenia sobie z Obcym. No cóż, myślę, że twórcy bez problemu mogli dodać kilkanaście nowych broni oraz umożliwić graczom chowanie się nie tylko w szafkach, szybach wentylacyjnych i pod biurkiem, ale i, nie wiem, w wannie, w kartonowym pudle, lub w cieniu gigantycznego pluszowego kota Jonesa. Jednak chyba nie o to chodziło.
Warto się zastanowić, czy należy dodawać takie atrakcje tylko po to aby rozgrywka była bardziej różnorodna. Zazwyczaj tak jest, ale w przypadku "Alien: Isolation", nacisk został położony przede wszystkim na realizm. Jesteśmy na stacji kosmicznej Sevastopol, która nie została zaprojektowana jako plac zabaw do chowania się przez Obcym. Otoczenie jest surowe i jeśli mamy po raz setny schować się do szafki, to po raz setny chowamy się do szafki i nie ma zmiłuj. Oczywiście, można było pewnie coś dorzucić nie nadgryzając przy tym uczucia immersji, ale czy to jest powód aby drastycznie opuszczać tej grze ocenę? Wśród minusów pojawiały się jeszcze kwestie słabego dubbingu postaci oraz nijakość samych bohaterów. Czy tylko mnie wydaje się, że mocno wyolbrzymia się tutaj takie problemy (które są problemami jedynie z subiektywnego punktu widzenia)?
"Alien: Isolation" nie jest pozbawione wad i nie chcę nikomu wciskać, że mamy do czynienia z produkcją perfekcyjną, która każdego powinna zadowolić. Jeżeli jednak w grze przeważają dobre cechy, pod wieloma względami przełomowe rozwiązania i pieczołowicie przygotowany świat, to czy warto aż tak skupiać się na nieraz marginalnych błędach?
Czy warto pastwić się nad produkcją, w którą twórcy włożyli całe swoje serce i ogrom pracy (a nie odbębnili pańszczyznę w celach czysto zarobkowych, jak w przypadku niektórych innych gier z Ksenomorfami w roli głównej)?
Czy rzetelnie odtworzony klimat oryginalnego "Obcego", odważne wrzucenie gracza na głęboką wodę w świecie Ksenomorfów, możliwość przeżycia niezwykłej i bezkompromisowej przygody, równoważą się z tym, że save point jest kilkanaście metrów za daleko?
Podejrzewam, że wielu zwróci mi uwagę na to, że nie można również kompletnie przemilczeć wad produktu. Oczywiście, że nie, ale trzeba zachować pewien balans, w końcu np.: IGN jest wpływowym gigantem, dla którego piszą doświadczeni recenzenci, którzy wiedzą, że ich „5.9/10” może grze bardzo zaszkodzić. Wątpię żeby "Alien Isolation", było produkcją, której warto było ukręcać łeb w ten sposób. Idąc tym tropem należałoby uznać, że PC Gamer, którzy dali "Alien:Isolation" ocenę 93/100, to banda idiotów.
Dzieło Creative Assembly przetarło pewne szlaki, pokazało, że się da. To był pierwszy krok do tego aby Obcy powrócił na nasze monitory z klasą. Początki są trudne i nie można wyzbyć się błędów przy tak śmiałym projekcie. Taką odwagę warto jednak nagradzać, bo inaczej szybko wrócimy do bezpiecznych produkcji, w których Ksenomorfy będą padały jak muchy pod ostrzałem z kapiszonów.
Niestety ci którzy marudzili na "Alien: Isolation", wygrali. Gra sprzedała się w ilości ledwo przekraczającej 2 miliony egzemplarzy, która dla takiego wydawcy jak Sega nie jest wystarczająco wysoka. Mimo, że sama Sega otwarcie zapewniła, że to nie oznacza jeszcze wycofania się z produkcji tego typu w przyszłości, to uważam, że będziemy mieli olbrzymie szczęście jeśli kiedykolwiek doczekamy się sequela „Alien: Isolation” (lub jakiejkolwiek gry z Obcym na takim poziomie). Gdyby tak się stało, otrzymalibyśmy zapewne wspaniałą grę, która z pewnością rozwinęłaby możliwości jakie daje część pierwsza, a doświadczeni powołaniem jej do życia twórcy zadbaliby o to, aby uniknąć pewnych błędów. Niestety, nie zanosi się, aby "Alien: Isolation 2" dostało zielone światło od wydawcy (mimo szczerych chęci Creative Assembly).
Tak to jest. Czekamy na coś nowego, innego, odważnego, a kiedy to dostajemy, traktujemy lekceważąco nie potrafiąc docenić ogromu dobrego, które to coś nam oferuje. Mamy złotą obrączkę, a ona wpada nam do kibla. Brawo my.

  

środa, 9 grudnia 2015

Cpl. Dwayne Hicks - DEAD



Kapral Dwayne Hicks nie żyje. Nie on jeden zresztą. Tak się składa, że w filmach z serii „Alien” ludzie umierają masowo. Dzieje się to z różnych powodów i różne są tego konsekwencje. Śmierć Hicks'a w „Alien 3” coś znaczyła, podobnie jak śmierć Ellen Ripley, która nacechowana była poświęceniem, ale też rozpaczliwą potrzebą zakończenia pewnego rozdziału, pewnej męki, od której nie było ucieczki. „Alien: Resurrection” pokazał, że śmierć w filmie może łatwo stracić znaczenie i podniosłość wynikające z kontekstu wydarzeń.
W świecie fikcyjnym każdego można ożywić w mniej lub bardziej konsekwentny sposób. Aktualnie wszyscy rzucili się, aby wykopać z grobu Dwayne'a Hicks'a. Co może z tego wyniknąć?


Przeglądając fanowskie strony wikipedyjne (takie jak Xenophedia) widzę, że status Kaprala Dwayne'a Hicks'a zmienił się z „dead” na „alive”. Kanon to kanon. A tak się składa, że wydarzenia z gry „Aliens: Colonial Marines” wydanej w 2013 r. za część takowego się uważa. 20th Century Fox uważa. O samej grze napiszę innym razem, zaznaczę tylko, że nie uważam jej wcale za tak złą jak głosi opinia publiczna. Klimat mi się podoba, muzyka jest rewelacyjna, a spacerowanie po zrujnowanym Hadley's Hope, to spełnienie marzeń sprzed lat. Fabuła również nie gryzłaby mnie tak bardzo (jestem przyzwyczajony do różnych interpretacji realiów świata Obcego dzięki komiksom) gdyby nie ten drobny szczegół, że 20th Century Fox i Sega, prawdopodobnie żeby nakręcić bardziej spiralę promocyjną, ogłosili, że jest ona kanoniczna. To jest mocne słowo. Decydujące. Nie wiem czy ludzie, którzy podjęli taką decyzję zdawali sobie w pełni z tego sprawę.

Fani (a zwłaszcza fanatycy) Obcego nie mają przez ostatnie lata lekko. Najpierw ukazał się „Prometeusz”, który wywrócił całą mitologię do góry nogami. Następnie, dowiedzieliśmy się, że fabuła „Aliens: Colonial Marines” została oficjalnie uznana za cześć żelaznego kanonu. Z początku nikogo to nie wzruszyło, ponieważ przedstawiona w grze historia działa się paralelnie do wydarzeń z „Alien 3” i pozornie w żaden sposób nie wpływała na kształt znanej nam od lat opowieści. Twórcy zostawili niespodziankę na sam koniec. Hicks żyje, a trup znaleziony w jego kabinie kriogenicznej na Fiorinie 161, to nie on. Jakie to proste, prawda? I jakie irytujące.

Część zapyta pewnie „Dlaczego się nie cieszysz? Przecież Hicks to wspaniała postać, świetnie, że przeżył!”. Zgadza się, uwielbiam Hicks'a i zawsze był jednym z moich ulubionych bohaterów w historii kina, ale seria Obcy, to nie bajka dla dzieci. Tutaj happy end nie zawsze jest właściwym kluczem i każda śmierć w tych filmach to historia sama w sobie, z właściwą dla siebie dramaturgią i konsekwencjami. James Cameron był wściekły kiedy dowiedział się, że wykreowane przez niego postacie (Hicks i Newt) zostały tak po prostu zgładzone i to de facto poza kadrem. Taka jest jednak kolej rzeczy, zwłaszcza kiedy kolejne filmy z serii przechodzą z rąk do rak. Między kolejnymi częściami istnieje jakby bariera, która pozwala przeżyć tylko Ellen Ripley. Może to dziwne porównanie, ale kojarzy mi się to trochę z grą "Heroes of Might and Magic 3", w której w niektórych kampaniach do następnego scenariusza mógł przejść tylko jeden z kilku posiadanych bohaterów. Podobnie jest tutaj. James Cameron mógł poczuć się zraniony (i miał do tego prawo), ale Newt i Hicks nie zginęli ot tak sobie. Zginęli żeby Ellen Ripley znów poczuła się całkiem sama we wszechświecie, sama i osaczona, mając świadomość tego, że jedyną postacią, która konsekwentnie podąża za nią w jej niekończącej się podróży jest Obcy. Na tym polega moc trzeciej części filmu, dopada nas wszechogarniająca beznadziejność sytuacji, poczucie krążenia w kółko. Gdziekolwiek Ripley nie zabrnie, tam zabrnie sama, a Obcy nigdy nie zniknie. Jedną z najbardziej wzruszających scen całej serii jest ostatnie ujęcie w „Alien 3” podczas, którego słyszymy komunikat nagrany przez bohaterkę pod koniec pierwszej części. Scena podkreśla jak potwornie długą i tragiczną drogę przebyła, by w trakcie stracić wszystkie bliskie jej osoby i ostatecznie poświęcić własne życie żeby zgładzić Obcego. Twórcy doskonale wiedzieli co robią, na tym polega piękno pozwalania postaciom odejść. I tu dochodzimy do sedna sprawy.

Oczywiście, w kontekście tego o czym przed chwilą napisałem, „Alien: Resurrection” jawi się jako cyniczny i podły żart względem poprzednika, który miał w definitywny i podniosły sposób zakończyć całą historię. Różnicą między „Colonial Marines”, a dziełem Jean Pierre'a Janeaut'a jest to, że Ripley sklonowano i tak naprawdę oryginalna postać pozostała martwa. Wiem, że brzmi to w naciągany sposób, ale ta subtelna różnica sprawia, że jestem w stanie zaakceptować taki stan rzeczy. Mimo, że to najmniej lubiana przeze mnie cześć serii, to nie jestem hejterem „Resurrection” i potrafię obejrzeć ten film z przyjemnością.

Inaczej wygląda sprawa kiedy okazuje się, że bohater, który zginął w filmie ponad 20 lat temu jednak żyje. Trzeba mieć naprawdę dobry powód żeby tak manipulować historią. Takiego powodu brakuje w „Colonial Marines”. Hicks „ożył” żeby uświetnić swoją obecnością grę. Żeby można było zaprosić Michaela Biehna do studia żeby nagrał kwestie dialogowe i tym samym jeszcze bardziej całość uświetnił. Całkiem sporo tego uświetniania, prawda? Mam wrażenie, że twórcy nie do końca byli pewni tego co mają zamiar sprzedać fanom, a że budżet był spory i wsparcie wytwórni również, to dokładało się rodzynków żeby produkt uatrakcyjnić. Niestety mało przemyślane te rodzynki i nawet po tym można poznać, że takich decyzji nie podejmowali fani Obcego. Nawet Michael Biehn wypowiedział się później, że klęska „Colonial Marines” wynika głównie z tego, że nie tworzyli jej pasjonaci tematu (a co miało miejsce przy np.: "Alien: Isolation"). Wygląda to niestety tak jakby ekipa usiadła i na szybko wymyśliła, że trzeba ożywić jakaś lubianą postać z serii, taką która będzie zaskoczeniem, i która zwabi potencjalnych klientów. Powrót Hicks'a nakreślono po macoszemu, wystarczy obejrzeć fragment gry.

                          

Pominę już takie babole jak to, że po wybudzeniu się z hibernacji nikt nie dochodzi do siebie tak szybko, nie mówiąc o tym, że Hicks był ciężko ranny, a nagle skacze po pomieszczeniu jak małpa. Sama próba przechwycenia statku nie jest niedorzecznością. Jest nią natomiast wpakowanie żołnierza o nazwisku Turk do komory Hicks'a i w ten sposób wyjaśnienie obecności zmasakrowanego ciała znalezionego na Fiorinie 161 (które zostało zidentyfikowane jako ciało Hicks'a). Czy twórców naprawdę nie stać było na coś lepszego? A jeżeli nie było stać, to czemu porywać się na takie rozwiązania? Postać, która od ponad dwóch dekad uznana jest przez fanów za martwą, nagle okazuje się być żywa i to bez sensownego powodu. To mógłby być każdy. Fabuła „Colonial Marines” w żaden sposób nie usprawiedliwia obecności Hicks'a, nie daje nawet jednego powodu aby uważać, że to właśnie on powinien się tutaj pojawić. A to już kiepsko, bo pachnie czysto marketingowym zagraniem i jest to zapach, na który fani Obcego są wyczuleni (między innymi dzięki takim produkcjom jak „AvP: Requiem”).

Dlaczego Newt i Hicks, to nadal szanowane i uwielbiane postacie przez fanów „Obcego” i kina s/f? Bo nikt nie miał okazji żeby to popsuć. Pod wieloma względami James Cameron powinien być wdzięczny twórcom „Alien 3”, że uśmiercili stworzone przez niego postacie zanim ktoś inny zdążył zrobić z nich pośmiewisko. Wstępne plany zakładały nakręcenie dwóch filmów jednocześnie (trzeciej i czwartej części), w których między innymi Hicks i Newt walczyliby z Xenomorfami na Ziemi. To mogła być interesująca produkcja, ale też totalna katastrofa, zwłaszcza biorąc pod uwagę formę filmu (kino akcji s/f), która stanowi olbrzymią pułapkę dla filmowców. Łatwo jest zrobić z takiego obrazu płytką sieczkę.


                              


Po latach wróciliśmy jednak do momentu, w którym ktoś próbuje naciągnąć kanon względem swoich potrzeb. Piszę oczywiście o Neilu Blomkampie i jego pomyśle na „Alien 5”. Moje uczucia względem tego projektu są mieszane i cieszę się, że Ridley Scott opóźnił jego realizację (nawet jeśli "Alien: Coventant" sam budzi obawy). Nie podoba mi się pomysł ignorowania „Alien 3” i „Alien: Resurrection”, mimo że nie jestem największym fanem rozwiązań fabularnych z tego drugiego. Ale to nie ważne. Trzeba być konsekwentnym, a twórcy „A:R” pokornie się tej konsekwencji podporządkowali. Nawet jeśli pewne kwestie obeszli trochę na siłę. Moim zdaniem, Blomkamp nie ma prawa do wybierania sobie momentu, w którym seria ma być oficjalnie kontynuowana. To nie jest fanowski film, to poważna sprawa. Seria „Alien”, to na obecnym etapie niemal intelektualna własność publiczna. Na świecie są miliony miłośników tej serii i należy się bardzo mocno zastanowić zanim poczyni się tak aroganckie (względem części fanów) i samolubne kroki. Udawanie, że dwa istotne filmy serii nigdy nie powstały, to pójście na łatwiznę. Reżyser, który zabierze się za „Alien 5” musi mieć jaja żeby pociągnąć historię tam gdzie się skończyła. I musi pamiętać, że w konsekwencji jego działań, ktoś inny może kiedyś wyrzucić jego dzieło do kosza. Jeżeli taka tendencja stanie się modna, to zostaniemy zalani pseudo-kontynuacjami, które nie będą miały sensu i rozbiją strukturę poszczególnych serii. Wystarczy, że „Uniwersalny Żołnierz” był restartowany DWA RAZY, i każdy kolejny film ignorował poprzedni. To nie jest właściwa droga. Muszą być pewne granice, pewne zasady. Twórcy nie mogą żyć w przekonaniu, że jeśli coś im nie wyjdzie, to zawsze mogą udawać, że tego nie było i próbować od nowa. W przypadku serii „Obcy” jest to o tyle rażące, że „Alien 3” ma całe legiony fanów, wielu uważających to dzieło za najlepsze z serii. Nie można ot tak pluć im w twarz.

Blomkamp będzie musiał solidnie uzasadnić powrót Hicks'a i Newt w tym filmie, bo nawet autorzy "Colonial Marines" wysilili się na więcej. Mam też wątpliwości czy ten reżyser wniesie cokolwiek nowego do serii, a nie zaserwuje tylko „Aliens 2”. Blomkamp to nie James Cameron (nawet sam James Cameron, to już nie ten James Cameron), a bierze na klatę historię i postacie, którym od 30 lat fani serii stawiają ołtarzyki. Oby wiedział co robi, bo co się stanie, to się nie odstanie (vide „Prometeusz”).

Póki co, dla mnie sprawa jest prosta. Kapral Dwayne Hicks nie żyje. Nie dlatego, że ktoś chciał utrzeć nosa Cameronowi i fanom „Aliens”, ale by podkreślić pewne wartości, które seria niosła ze sobą od samego początku. Oczywiście ktoś może się z tym nie zgodzić, ale wydarzenia z „Alien 3” nie wymazały tego co wydarzyło się w „Aliens”. Seria „Alien” to sztafeta, a jej losy zależą od kolejnych uczestników. Czy zgodne z zasadą fair play jest aby nowy zawodnik wskoczył w miejsce innego i pobiegł inną trasą? Warto się nad tym zastanowić zanim ogarnie nas mania 'poprawiania' rzeczywistości.